W lokalnej debacie publicznej coraz częściej powraca narracja, według której Szymon Michałek miał od początku swojej prezydentury zmierzać do sojuszu z Prawem i Sprawiedliwością. To wygodna politycznie teza, szczególnie dla tych środowisk, które po ostatnich wyborach utraciły wpływ na miasto.
Problem w tym, że ta opowieść jest zbyt prosta, aby była prawdziwa.
W swojej najnowszej wypowiedzi prezydent Chorzowa jasno przedstawił, czym jest dla niego bezpartyjność. Nie jest to brak kontaktów z politykami. Nie jest to izolacja. Nie jest to udawanie, że partie polityczne nie istnieją.
Bezpartyjność — w ujęciu Michałka — oznacza przede wszystkim możliwość rozmowy z każdym, kto może pomóc Chorzowowi.
W samorządzie skuteczność nie polega na tym, żeby nie rozmawiać z nikim. Polega na tym, żeby rozmawiać z każdym, ale decyzje podejmować w interesie miasta.
To ważne rozróżnienie. Prezydent miasta nie działa w politycznej próżni. Musi rozmawiać z rządem, parlamentarzystami, władzami województwa, radnymi, instytucjami centralnymi i regionalnymi. Jeśli z takich rozmów można pozyskać środki dla Chorzowa, to obowiązkiem prezydenta jest je prowadzić — niezależnie od tego, z jakiej partii pochodzi rozmówca.
Teza o „planie z PiS” pomija początek kadencji
Najważniejszy fragment wypowiedzi prezydenta dotyczył początku kadencji. To właśnie tam najlepiej widać, jak bardzo naciągana jest teza, że Michałek od pierwszego dnia chciał związać się z PiS.
Po objęciu urzędu prezydent nie zbudował zamkniętego bloku jednej strony politycznej. Przeciwnie — próbował stworzyć szeroką formułę współodpowiedzialności za miasto.
W Radzie Miasta funkcjonowały trzy główne środowiska: Koalicja Obywatelska, Ruch Samorządowy Szymona Michałka oraz Prawo i Sprawiedliwość. Układ sił nie dawał nikomu pełnego komfortu samodzielnego rządzenia, dlatego naturalnym rozwiązaniem była próba porozumienia.
I właśnie taką próbę Michałek podjął.
Na osiem komisji Rady Miasta trzy przypadły Platformie Obywatelskiej, trzy radnym związanym z prezydentem, a dwie Prawu i Sprawiedliwości. Funkcje w prezydium rady również zostały podzielone pomiędzy różne środowiska. Co więcej, komisję budżetową — jedną z najważniejszych komisji w samorządzie — powierzono Koalicji Obywatelskiej.
To nie jest zachowanie polityka, który od początku chce zamknąć miasto w jednym partyjnym układzie.
Gdyby prezydent od pierwszego dnia planował sojusz z PiS, nie oddawałby Platformie Obywatelskiej wpływu na kluczowe komisje, w tym komisję budżetową.
Można dziś dyskutować, czy ta koncepcja była zbyt idealistyczna. Można powiedzieć, że Michałek przecenił gotowość lokalnych środowisk do współpracy. Ale nie można uczciwie twierdzić, że był to dowód na zaplanowany od początku skręt w stronę PiS.
Fakty pokazują coś przeciwnego.
Moment przełomowy: budżet
Punktem zwrotnym okazały się prace nad budżetem. Jak relacjonował prezydent, już podczas prac komisji budżetu usłyszał, że Koalicja Obywatelska będzie przeciwna budżetowi miasta.
To nie była zwykła różnica zdań. Budżet jest podstawowym dokumentem funkcjonowania samorządu. Bez niego nie da się normalnie zarządzać miastem, prowadzić inwestycji, finansować dodatkowych działań ani stabilnie planować pracy miejskich instytucji.
Odrzucenie budżetu oznaczało realne ryzyko paraliżu miasta.
Dlaczego prezydent musiał zbudować większość
W tej sytuacji Michałek stanął przed prostym wyborem: albo będzie miał większość zdolną do podejmowania decyzji, albo miasto ugrzęźnie w konflikcie.
Skoro Platforma Obywatelska nie chciała współpracować przy kluczowych sprawach, prezydent musiał szukać porozumienia tam, gdzie było ono możliwe. To nie był dowód na partyjne podporządkowanie. To była konsekwencja realnej arytmetyki samorządowej.
W polityce lokalnej większość nie jest luksusem. Jest narzędziem zarządzania miastem. Bez niej nie da się skutecznie uchwalać budżetu, prowadzić inwestycji, realizować programów społecznych ani podejmować decyzji istotnych dla mieszkańców.
Miasto nie może być zakładnikiem urażonych ambicji politycznych. Chorzów musi działać niezależnie od tego, kto stracił wpływy po wyborach.
Propagandowa narracja mediów sprzyjających PO
W tym kontekście szczególnie nieuczciwie brzmi narracja sączona przez media i komentatorów sprzyjających Platformie Obywatelskiej, według której Michałek „tak naprawdę jest PiS-em”.
To politycznie wygodne, ale intelektualnie słabe.
Taka propaganda opiera się na prostym zabiegu: pokazuje obecne porozumienia i głosowania, ale pomija ich przyczynę. Pomija początek kadencji. Pomija podział komisji. Pomija oddanie komisji budżetowej Koalicji Obywatelskiej. Pomija próbę szerokiego porozumienia.
Innymi słowy: pomija wszystko, co nie pasuje do tezy.
A teza jest prosta: przykleić prezydentowi etykietę, sprowadzić jego działania do partyjnego schematu i przekonać mieszkańców, że bezpartyjność Michałka jest fikcją.
Utrata wpływów boli bardziej niż bezpartyjność
Trudno nie odnieść wrażenia, że prawdziwym problemem części lokalnych środowisk nie jest rzekoma partyjność prezydenta, lecz utrata wpływu na miejskie decyzje.
Przez lata Chorzów funkcjonował w określonym układzie politycznym, personalnym i środowiskowym. Zmiana władzy oznaczała przerwanie tego mechanizmu. Dla jednych była to demokratyczna zmiana. Dla innych — utrata dotychczasowej pozycji.
I właśnie z tej perspektywy należy czytać część dzisiejszych ataków na Michałka. Nie jako troskę o samorządową niezależność, ale jako element walki o odzyskanie dawnego znaczenia.
Łatwiej powiedzieć, że prezydent „poszedł z PiS”, niż przyznać, że samemu odrzuciło się możliwość współpracy.
„Moją partią jest Chorzów”
Szymon Michałek powtórzył, że jego partią jest Chorzów. To zdanie może brzmieć jak hasło, ale w obecnej sytuacji ma bardzo praktyczne znaczenie.
Prezydent miasta powinien rozmawiać z każdym, kto może pomóc mieszkańcom. Z posłami różnych opcji. Z przedstawicielami rządu. Z władzami województwa. Z radnymi. Z każdym środowiskiem, które chce działać na rzecz miasta, a nie tylko wykorzystywać Chorzów jako pole partyjnej wojny.
Bezpartyjność nie oznacza braku relacji. Oznacza brak podporządkowania partyjnemu interesowi.
I właśnie dlatego zarzut, że Michałek od początku chciał iść z PiS, jest fałszywy. Początek kadencji pokazał coś dokładnie odwrotnego: próbę szerokiego porozumienia, podział odpowiedzialności i zaproszenie różnych środowisk do współpracy.
Dopiero polityczna wojna wokół budżetu wymusiła twardsze decyzje.
Chorzów potrzebuje stabilności, nie etykiet
Można prezydenta krytykować. Można spierać się o konkretne decyzje, tempo zmian, inwestycje, komunikację czy personalia. To normalna część demokracji lokalnej.
Ale uczciwa krytyka wymaga szacunku dla faktów.
Chorzów zasługuje na coś więcej niż etykiety. Zasługuje na skuteczność, stabilność i współpracę tych, którzy naprawdę chcą pracować dla miasta.




