Do sieci trafiło nagranie (https://www.facebook.com/reel/950687551023257), które może wywołać jeden z najpoważniejszych lokalnych kryzysów ostatnich miesięcy. Na materiale z ukrycia słychać rozmowę prowadzoną w gabinecie lekarskim. Pada w niej pytanie o podpis pod listą referendalną, pojawia się zgoda na podpisanie się za inną osobę „bo jest PESEL”, a na końcu także wątek zwolnienia lekarskiego za „dwa podpisy”.
Według informacji związanych ze sprawą nagranie dotyczy radnej Chorzowa Haliny Hiltawskiej, będącej jednocześnie lekarzem. Redakcja zwróciła się do niej z pytaniami dotyczącymi autentyczności nagrania, jego kontekstu oraz treści słyszanych na materiale.
Jeżeli autentyczność nagrania się potwierdzi, sprawa nie będzie już tylko politycznym zgrzytem ani lokalną kompromitacją. Może dotyczyć jednocześnie naruszenia zasad zbierania podpisów pod referendum, odpowiedzialności karnej związanej z listami poparcia, odpowiedzialności zawodowej lekarza oraz skutków dla mandatu radnej.
Najpierw rzecz podstawowa. Ustawa o referendum lokalnym stanowi w art. 14 ust. 4, że mieszkaniec popierający wniosek podaje swoje dane, a następnie potwierdza je własnoręcznym podpisem. To oznacza, że podpis za narzeczonego, męża, żonę, członka rodziny czy kogokolwiek innego nie jest zwykłą „pomocą”, lecz działaniem sprzecznym z ustawą. W realiach tej sprawy ma to znaczenie kluczowe, bo na nagraniu ma padać pytanie właśnie o możliwość podpisania się za inną osobę.
Drugi ważny przepis jest jeszcze mocniejszy. Art. 14 ust. 3 ustawy o referendum lokalnym stanowi, że podpisy można zbierać wyłącznie w miejscu, czasie i w sposób wykluczający stosowanie jakichkolwiek nacisków zmierzających do wymuszenia podpisów. Ustawa przewiduje za to konkretną sankcję: zgodnie z art. 68, kto zbiera podpisy z naruszeniem tego przepisu, podlega grzywnie.
To właśnie tutaj gabinet lekarski staje się miejscem szczególnie problematycznym. Relacja lekarz–pacjent z definicji nie jest relacją równorzędną. Pacjent przychodzi po pomoc, diagnozę, receptę, zwolnienie, poradę. W takich warunkach każda rozmowa o polityce, poparciu dla referendum czy podpisach może być oceniana znacznie surowiej niż identyczna rozmowa prowadzona na ulicy czy w prywatnym mieszkaniu. W świetle ustawy pojawia się więc pytanie, czy nie doszło do zbierania podpisów w okolicznościach, które same w sobie mogły tworzyć presję.
Dalej wchodzimy już na grunt kodeksu karnego. Art. 248 k.k. dotyczy przestępstw przeciwko wyborom i referendum. W pkt 6 przepis ten mówi wprost o sytuacji, gdy ktoś „dopuszcza się nadużycia w sporządzaniu list z podpisami obywateli”. To właśnie ten przepis może być jednym z najważniejszych punktów odniesienia przy ocenie nagrania z Chorzowa. Nie chodzi więc o ogólną „nieprawidłowość”, ale o normę karną napisaną dokładnie pod sytuacje związane z listami podpisów obywateli.
Jeżeli natomiast ktoś faktycznie podpisałby się cudzym nazwiskiem, w grę może wejść także art. 270 § 1 k.k., który penalizuje podrabianie lub przerabianie dokumentu w celu użycia go za autentyczny. Przepis przewiduje za to karę od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. To nie znaczy jeszcze automatycznie, że każda wadliwa karta referendalna od razu oznacza odpowiedzialność z tego artykułu, ale przy świadomym wpisywaniu danych i składaniu podpisu za inną osobę taki kierunek prawny byłby całkowicie realny.
Najbardziej bulwersujący jest jednak końcowy wątek nagrania, czyli pytanie o L4 za dwa podpisy i odpowiedź „dobrze”. Trzeba to ująć precyzyjnie: sama taka rozmowa nie przesądza jeszcze automatycznie o popełnieniu przestępstwa z art. 271 k.k., bo ten przepis dotyczy już poświadczenia nieprawdy w konkretnym dokumencie. Ale jeżeli po takiej rozmowie rzeczywiście doszłoby do wystawienia zwolnienia lekarskiego niemającego uzasadnienia medycznego, wtedy sprawa mogłaby wejść właśnie na grunt art. 271 § 1 k.k., który przewiduje karę od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności dla osoby uprawnionej do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne. Art. 272 k.k. przewiduje z kolei odpowiedzialność za wyłudzenie poświadczenia nieprawdy.
W tej sprawie ważne jest też to, że ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty wprost zalicza do wykonywania zawodu lekarza nie tylko badanie i leczenie, ale także wydawanie opinii i orzeczeń lekarskich. Zwolnienie lekarskie nie jest więc uprzejmością ani prywatnym gestem, tylko dokumentem wystawianym w ramach zawodu zaufania publicznego i wywołującym skutki prawne.
Niezależnie od tego, czy sprawa zakończy się postępowaniem karnym, bardzo poważny pozostaje wątek etyczny i zawodowy. Kodeks Etyki Lekarskiej mówi jasno, że naruszeniem godności zawodu jest takie postępowanie lekarza, które podważa zaufanie do zawodu. Dalej wskazuje, że lekarz nie może używać swojej wiedzy i umiejętności w działaniach sprzecznych z powołaniem, a najwyższym nakazem etycznym jest dobro chorego. To oznacza, że wykorzystywanie gabinetu lekarskiego do rozmowy o politycznym poparciu czy podpisach może być oceniane nie tylko w kategoriach wizerunkowych, ale także dyscyplinarnych.
A te konsekwencje wcale nie są symboliczne. Jak przypomina Naczelna Izba Lekarska, sąd lekarski może orzec: upomnienie, naganę, karę pieniężną, zakaz pełnienia funkcji kierowniczych, ograniczenie zakresu czynności, zawieszenie prawa wykonywania zawodu, a nawet pozbawienie prawa wykonywania zawodu. To pokazuje, że lekarz nie ryzykuje tu wyłącznie medialnej kompromitacji.
Jest jeszcze trzeci poziom: mandat radnej. Samo nagranie oczywiście nie powoduje automatycznej utraty mandatu. Jednak Kodeks wyborczy stanowi, że mandat radnego wygasa w przypadku utraty prawa wybieralności, a prawa wybieralności nie ma osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego lub umyślne przestępstwo skarbowe. To oznacza, że ewentualny prawomocny wyrok skazujący określonego rodzaju mógłby mieć dla Haliny Hiltawskiej również konsekwencje samorządowe.
Dlatego tej sprawy nie wolno już zbywać wzruszeniem ramion. Jeżeli nagranie jest autentyczne, nie mówimy o „niefortunnej wypowiedzi”, ale o materiale, na którym pojawiają się jednocześnie trzy czerwone lampki: podpis pod referendum za inną osobę, gabinet lekarski jako miejsce zbierania poparcia i rozmowa o zwolnieniu lekarskim w kontekście politycznej przysługi. To układ, który może zainteresować komisarza wyborczego, prokuraturę i samorząd lekarski.
W państwie prawa są pewne granice, których przekraczać nie wolno. Podpis pod referendum ma być własnoręczny. Lekarz nie może podważać zaufania do zawodu. Zwolnienie lekarskie ma wynikać ze stanu zdrowia, a nie z politycznego układu. To nie są interpretacje polityczne. To są zasady wynikające z ustaw i oficjalnych regulacji.




