Z relacji naszych rozmówców wynika, że problemem staje się już nie tylko liczba zebranych podpisów, ale też malejąca motywacja po stronie osób zaangażowanych w akcję. Coraz trudniej znaleźć chętnych do zbierania podpisów, a część dotychczasowych sympatyków ma być rozczarowana skalą odzewu mieszkańców. Krótko mówiąc: referendum, które miało być szerokim obywatelskim ruchem, coraz bardziej sprawia wrażenie projektu utrzymywanego wysiłkiem coraz węższego grona partyjnych działaczy.
Nasze źródła twierdzą również, że mieszkańcy w wielu przypadkach nie chcą się podpisywać. Nie widać masowego odzewu, na który liczyli organizatorzy, a samo przekonywanie chorzowian do poparcia referendum ma iść znacznie trudniej, niż zakładano na początku. To właśnie dlatego wokół całej akcji potrzebna jest dziś coraz bardziej nerwowa mobilizacja i coraz częstsze ponaglanie własnego zaplecza.
Na to wszystko nałożyła się kolejna poważna kontrowersja, która uderza w wiarygodność środowiska referendalnego. Chodzi o sprawę radnej PO Haliny Hiltawskiej. W przestrzeni publicznej pojawiły się informacje, że podpisy pod referendum miały być zbierane w jej gabinecie. Pojawiły się także bardzo poważne oskarżenia, że w tle tej sprawy miał pojawić się również wątek oferowania L4 w zamian za podpis. To zarzuty wyjątkowo ciężkie, które już dziś politycznie obciążają całe środowisko zaangażowane w referendum.
W efekcie zamiast obywatelskiego zrywu mieszkańców coraz wyraźniej widać akcję, która ma problem z dynamiką, wiarygodnością i społecznym odzewem. Jeśli potwierdzą się informacje płynące z zaplecza środowisk wspierających referendum, to największym problemem jego organizatorów może okazać się nie tylko brak podpisów, ale również rosnące zniechęcenie we własnych szeregach.




