Jedną z najgłośniejszych obietnic Andrzeja Kotali w kampanii samorządowej 2024 była budowa stadionu Ruchu Chorzów. Problem w tym, że nie była to nowa zapowiedź, tylko kolejna odsłona tej samej historii. Temat stadionu wracał w jego politycznych deklaracjach od lat, a przed kolejnymi wyborami znów trafił do pakietu najważniejszych obietnic kierowanych do mieszkańców i kibiców.
W lutym 2024 roku Marek Kopel, jako przedstawiciel Stowarzyszenia Wspólnie dla Chorzowa, podpisał „Porozumienie dla Chorzowa”, czyli polityczne wsparcie dla kandydatury Kotali. Wśród najważniejszych punktów tego porozumienia znalazło się rozpoczęcie budowy stadionu Ruchu Chorzów. Marek Kopel nie tylko popierał samego kandydata, ale też firmował program, w którym stadion był jedną z najgłośniejszych obietnic kampanii.
Po wyborach ton Marka Kopla wyraźnie się jednak zmienił. W listopadzie 2024 roku mówił już, że budowa drugiego stadionu w Chorzowie jest „kompletnym nieporozumieniem”, a później poszedł jeszcze dalej, przekonując, że to „ekonomiczny absurd”, na który miasta nie stać. Kopel sam przyznał później, że w kampanii również obiecywał nowy stadion. Tłumaczył, że w jego wizji miał to być obiekt prostszy, mniejszy i tańszy. Ale dla zwykłych mieszkańców najważniejsze jest coś innego: najpierw stadion był obietnicą, a dopiero po wyborach zaczęło się dopowiadanie, że chodziło o inny stadion, mniejszy stadion, tańszy stadion.
Skoro w kampanii Marek Kopel jako prezes Stowarzyszenia Wspólnie dla Chorzowa podpisał się pod porozumieniem z Andrzejem Kotalą, w którym zapisano rozpoczęcie budowy stadionu Ruchu, a po wyborach zaczął mówić, że budowa drugiego stadionu w Chorzowie to „kompletne nieporozumienie” i „ekonomiczny absurd”, to trudno nie postawić pytania o polityczną hipokryzję. Jak inaczej nazwać sytuację, w której przed wyborami stadion był dobrą i potrzebną obietnicą, a po wyborach nagle zaczął być przedstawiany jako nieracjonalny pomysł? Dzisiejsza postawa byłego prezydenta Chorzowa, a zarazem prezesa Chorzowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, pokazuje jak łatwo mówi się jedno, gdy walczy się o wpływy, a coś zupełnie innego, gdy wybory są już za nimi…




