W Chorzowie jest dziś temat, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion ani schować pod wygodnym hasłem, że „sprawę rozstrzygnie sąd”. Owszem, rozstrzygnie. I to właśnie sąd, a nie opinia publiczna, zdecyduje o winie lub niewinności. Ale zanim do tego dojdzie, mieszkańcy mają pełne prawo oceniać polityczny i moralny ciężar tego, co już wiadomo. A wiadomo dużo.
Prokuratura Okręgowa w Katowicach poinformowała, że 25 czerwca 2025 roku były prezydent Chorzowa Andrzej K. usłyszał 22 zarzuty. Zarzuty te dotyczą m.in. działania na szkodę miasta i wyrządzenia mu znacznej szkody majątkowej, zakłócania przetargu publicznego, przyjmowania niepieniężnych korzyści majątkowych w kampanii wyborczej w 2018 roku, a także wykorzystywania pracowników Urzędu Miasta Chorzowa w kampanii wyborczej. Zarzuty usłyszały też jeszcze dwie inne osoby.
To nie są zarzuty błahe, techniczne ani takie, które łatwo znikają w medialnym szumie. Mowa o sprawie wielowątkowej, prowadzonej od lat przez CBŚP pod nadzorem prokuratury. W tle znajdują się między innymi pożyczki udzielane Ruchowi Chorzów oraz zakup dawnego ratusza w Hajdukach Wielkich za 2,8 mln zł. Według medialnych relacji opartych na ustaleniach śledczych miasto mogło ponieść stratę sięgającą niemal 30 mln zł.
I właśnie tu kończy się wygodna opowieść, że to „tylko polityka”. Nie, to nie jest tylko polityka. To sprawa dotycząca publicznych pieniędzy, decyzji podejmowanych na szczycie lokalnej władzy i zaufania mieszkańców do ludzi, którzy przez lata zarządzali miastem. Nawet jeśli ktoś chce dziś zachować pełną ostrożność procesową, nie może uczciwie twierdzić, że 22 zarzuty wobec byłego prezydenta dużego miasta to rzecz, nad którą da się przejść do porządku dziennego.
Tym bardziej że prokuratura publicznie opisała charakter tych zarzutów bardzo konkretnie. Nie chodzi wyłącznie o jedną decyzję, jedno potknięcie czy pojedynczy błąd w zarządzaniu. Chodzi o cały zestaw działań, które — jeśli ustalenia śledczych się potwierdzą — układają się w obraz bardzo poważnego kryzysu standardów władzy samorządowej.
Oczywiście, państwo prawa wymaga, by nie ferować wyroków przed końcem postępowania. To rzecz elementarna. Ale państwo prawa nie wymaga też od mieszkańców politycznej amnezji. Mieszkańcy Chorzowa mają pełne prawo zapytać, jak to możliwe, że człowiek przez lata stojący na czele miasta dziś mierzy się z tak szerokim katalogiem zarzutów. Mają też prawo oczekiwać, że ta sprawa nie zostanie rozmyta w półsłówkach, wygodnych unikach i opowieściach o „nagonce”.
Bo w samorządzie zaufanie jest wszystkim. Można przegrać jedną polityczną bitwę, można popełnić komunikacyjny błąd, można nawet podjąć złą decyzję i próbować ją naprawić. Ale kiedy pojawiają się zarzuty dotyczące działania na szkodę miasta, publicznych pieniędzy, przetargów i kampanii wyborczej, przestajemy mówić o zwykłej politycznej codzienności. Zaczynamy mówić o czymś znacznie poważniejszym — o pytaniu, czy władza była wykonywana w sposób, który mieszkańcy mogą uznać za uczciwy i bezpieczny dla interesu miasta.
Dlatego sprawa Andrzeja Kotali nie jest dziś tylko historią o byłym prezydencie. To także test dla lokalnej pamięci i dla standardów debaty publicznej w Chorzowie. Bo jeśli 22 zarzuty wobec byłego włodarza miasta mają zostać potraktowane jak niewygodny szczegół, to znaczyłoby, że w samorządzie naprawdę wolno już niemal wszystko — byle odpowiednio to opakować.
A na to mieszkańcy nie powinni się zgadzać.






